Rok 2025 nie należał do hollywoodzkich gigantów. Zamiast spektakli za setki milionów dolarów, to właśnie kameralne komedie, ambitne dramaty i szalone festiwalowe objawienia prowadziły rozmowę o tym, dokąd zmierza współczesne kino. Twórcy z różnych stron świata udowodnili, że wciąż potrafią zaskakiwać — formą, emocjami, odwagą.
Oto filmy, które w 2025 roku zrobiły największe wrażenie i do których będziemy wracać jeszcze przez lata.
„Sorry, Baby”: Debiut roku
Niewiele debiutów wywołuje taki efekt, jaki przyniosło „Sorry, Baby” Evy Victor. Uhonorowana na Sundance za najlepszy scenariusz, ta intymna czarna komedia pokazuje, jak z pozornie małej historii można wydobyć siłę porównywalną z najlepszymi filmami niezależnymi ostatnich lat. Victor — również w głównej roli — wciela się w Agnes, wykładowczynię próbującą posklejać życie po traumie. Towarzyszy jej najlepsza przyjaciółka, życzliwy sąsiad i… kotek, który pojawia się w kluczowych momentach. Film jest ciepły, zabawny i głęboko ludzki, a jednocześnie pokazuje narodziny reżyserki, którą Hollywood będzie chciało pozyskać szybciej, niż sama się tego spodziewa.
„Grzesznicy”: Od zmierzchu do świtu
Ryan Coogler niespodziewanie skręca w stronę gotyckiej groteski, tworząc „Grzeszników” — musical, horror i dramat w jednym. Akcja osadzona na południu USA w latach 30. zaczyna się jak klasyczna opowieść o powrocie do rodzinnego domu, ale szybko zmienia ton, gdy bliźniacy Elijah i Elias odkrywają, że w okolicy grasuje pradawne zło. Michael B. Jordan w podwójnej roli imponuje ekranową energią, a Coogler tworzy niezwykłe połączenie atmosfery ludowych podań z widowiskiem, które zarobiło ponad 360 milionów dolarów. To jedno z najbardziej oryginalnych kinowych doświadczeń roku.
„Alpha”: Koniec niewinności
Julia Ducournau, autorka głośnego „Titane”, ponownie balansuje na granicy horroru i emocjonalnego dramatu. „Alpha” opowiada o trzynastolatce, której pozornie niewinny, młodzieńczy epizod staje się początkiem tragedii. W tle pojawia się nowa choroba przenoszona przez krew, a matka dziewczyny, dręczona lękami, zaczyna podejrzewać najgorsze. Ducournau udowadnia, że potrafi z chirurgiczną precyzją opowiadać o miłości, strachu i utracie, pozostając jedną z najciekawszych autorek współczesnego europejskiego kina. Film był jednym z głównych tematów tegorocznego Cannes.
„Zmartwychwstanie”: Świat bez snów
Bi Gan, poeta współczesnego kina, powraca w wielkim stylu. „Zmartwychwstanie” to trzygodzinna, hipnotyczna opowieść rozgrywająca się w świecie, w którym ludzkość utraciła zdolność śnienia. Jedyna osoba potrafiąca widzieć to, czego inni nie dostrzegają, staje się przewodniczką dla tajemniczej istoty mogącej odmienić losy świata. Film podzielony na rozdziały odpowiadające zmysłom jest hołdem dla historii kina, pełnym wizualnych cytatów i onirycznych scen. Nic dziwnego, że w Cannes otrzymał specjalną nagrodę Jury.
„By Design”: Obiekt pożądania
Amanda Kramer stworzyła jeden z najbardziej zaskakujących filmów roku. Jej „By Design” zaczyna się jak satyra o świecie mody, by w pewnym momencie zmienić się w surrealistyczną komedię o obsesji, pragnieniach i granicach między człowiekiem a przedmiotem. Camille, grana fenomenalnie przez Juliette Lewis, zakochuje się w… krześle. Ten absurdalny punkt wyjścia prowadzi do komedii, która śmieje się z naszych fetyszy i projekcji, a przy okazji dostarcza jednego z najbardziej oryginalnych filmowych romansów dekady.
„Wartość sentymentalna”: Wszystko zostaje w rodzinie
Joachim Trier po raz kolejny udowadnia, że najlepiej czuje ludzkie emocje. „Wartość sentymentalna” to opowieść o reżyserze, który próbuje odbudować relację z dorosłymi córkami. Kiedy główna rola trafia nie do jednej z nich, lecz do hollywoodzkiej gwiazdy, cała rodzinna konstrukcja zaczyna chwiać się w posadach. Renate Reinsve i Elle Fanning tworzą fascynujący duet, a Stellan Skarsgård daje jedną z najbardziej stonowanych, a przy tym przejmujących ról w swojej karierze. Film zdobył Grand Prix w Cannes — absolutnie zasłużenie.
„Głos Hind Rajab”: Ostatnia rozmowa
Kaouther Ben Hania zrealizowała film tak prosty formalnie, jak emocjonalnie druzgocący. „Głos Hind Rajab” rekonstruuje autentyczną rozmowę sześciolatki z Gazy, uwięzionej w ruinach po ataku i błagającej o ratunek, który nigdy nie nadszedł. Zestawienie nagrań z inscenizacją wywołało poruszenie w Wenecji, gdzie film zebrał najdłuższą owację festiwalu. To jedno z najbardziej przejmujących dzieł roku — film, który trudno zapomnieć.
„Wpatrując się w słońce”: Z pokolenia na pokolenie
Debiut Maschy Schilinski to prawdziwa filmowa perła. Reżyserka prowadzi widza przez sagę czterech pokoleń kobiet żyjących na niemieckiej wsi — każda z nich zmaga się z własnymi wyborami, pragnieniami i traumami. Film jest jak album rodzinny, który nagle ożywa. Schilinski łączy epickość z intymnością, a jej dzieło otrzymało nagrodę Jury w Cannes. To kino, które dojrzewa w widzu długo po seansie.
„Brzydka siostra”: Cena piękna
Emilie Blichfeldt w swoim debiucie pokazuje, jak okrutna potrafi być pogoń za ideałem. „Brzydka siostra” to krwawa reinterpretacja „Kopciuszka” widziana oczami jednej z sióstr. Body horror, czarny humor i satyra na kult piękna splatają się w historię pełną makabrycznych scen, które jednych zachwycą, innych przyprawią o mdłości. Tymczasem Krytycy opisali film jako „wiadro obrzydliwości wylane na disneyowskie wspomnienia” — i nie ma w tym przesady.
„Kopnęłabym cię, gdybym mogła”: Mama musi odpocząć
Mary Bronstein stworzyła jeden z najuczciwszych filmów o macierzyństwie ostatnich lat. Linda, zmęczona matka, której życie pęka w szwach — dosłownie, bo sufit nad głową zaczyna się kruszyć — postanawia wreszcie powiedzieć sobie „dość”. Rose Byrne gra tu rolę życia, łącząc komedię z dramatem w sposób, który oczarował jury Berlinale. To film słodko-gorzki, dotkliwy i szczery.
„Sirât”: Mieszanka wybuchowa
Oliver Laxe zabiera widza w podróż, której nie sposób przewidzieć. Zaczyna się na nielegalnym rave’ie na marokańskiej pustyni, by przejść w kino drogi, dramat rodzinny, a chwilami niemal thriller. „Sirât” jest intensywny, psychodeliczny i głęboko poruszający. Laxe tworzy własny gatunek — „rave’owy dramat przygodowy” — i robi to z pełnym przekonaniem.
„Rozdzieleni”: Komedia roku
James Sweeney wraca z filmem, który zaskakuje lekkością, inteligencją i emocjonalnością. „Rozdzieleni” to komedia o żałobie, ale podszyta humorem i ciepłem. Roman, próbując poradzić sobie ze śmiercią brata bliźniaka, przypadkiem trafia na najbardziej nieoczywistą przyjaźń swojego życia. Chemia między Sweeneyem a Dylanem O’Brienem jest znakomita, a finał wzrusza bez szantażu emocjonalnego. Krytycy jednogłośnie nazwali to komedią roku.
„Tajny agent”: Wszystko o moim ojcu
Kleber Mendonça Filho przenosi widza do Brazylii lat 70., gdzie polityczny niepokój splata się z rodzinną opowieścią o winie i pojednaniu. Wagner Moura jest tu w absolutnym topie swojej kariery, tworząc postać targaną sumieniem i wspomnieniami. Film zdobył nagrodę za reżyserię w Cannes i błyskawicznie trafił do rozmów o Oscarach.
„To był zwykły przypadek”: Zbrodnia i kara
Panahi znów realizuje film wbrew zakazom — ale robi to z mistrzostwem, które stawia go obok największych żyjących twórców. „To był zwykły przypadek” zaczyna się niewinnie, by stopniowo przerodzić się w thriller moralny o winie i odpowiedzialności. Realizowany w konspiracji, przemycony z Iranu, film jest jednocześnie aktem oporu i poruszającą przypowieścią o tym, że prawda zawsze ma swoją cenę.
„Chronologia wody”: Wszystko płynie
Kristen Stewart w reżyserskim debiucie podejmuje temat niezwykle trudny, a jednak dostarcza film zaskakująco dojrzały. Adaptacja wspomnień Lidii Yuknavitch to opowieść fragmentaryczna, zmysłowa, bolesna. Stewart tworzy język filmowy na własnych zasadach — czasem surowy, czasem poetycki, zawsze intensywny. To jedno z najodważniejszych artystycznie dzieł roku.
„The Mastermind”: Plan doskonały
Kelly Reichardt bierze na warsztat heist movie — ale zamiast powtórzyć gatunkowe klisze, rozbraja je z czułością. Jej bohater, J.B. Mooney, nie przypomina niczego, co znamy z kina akcji. To marzyciel, który chce dokonać wielkiego skoku… choć kompletnie się do tego nie nadaje. Film jest cichy, ironiczny, pełen empatii. Josh O’Connor w roli życiowego nieudacznika jest absolutnie bezbłędny.
„Nie ma duchów w mieszkaniu na Dobrej”: Doskonały debiut
Emi Buchwald zadebiutowała filmem, który w Gdyni nie miał sobie równych. Jej opowieść o rodzeństwie wchodzącym w dorosłość jest równocześnie realistyczna i delikatnie metaforyczna. Naturalne dialogi, wybitne aktorstwo i wyczucie emocji sprawiają, że to jeden z najdojrzalszych polskich filmów ostatnich lat. Buchwald pokazała, że potrafi opowiadać o rodzinie z bezbolesną szczerością.
„Hamnet”: Dramat rodzinny
Chloé Zhao sięga po historię rodziny Szekspira, ale zamiast tworzyć klasyczną biografię, koncentruje się na żałobie i milczeniu, które potrafi rozdzielić najbliższych. Jessie Buckley jest tu rewelacyjna — subtelna, a jednocześnie przykuwająca uwagę w każdym kadrze. Film zdobył nagrodę publiczności w Toronto i zasłużenie trafił na listę tegorocznych faworytów sezonu nagród.
„Jedna bitwa po drugiej”: Niech żyje rewolucja
Paul Thomas Anderson powraca z filmem, który jednocześnie bawi, wzrusza i zadaje pytania o sens dawnych ideałów. Leonardo DiCaprio jako zgorzkniały rewolucjonista i Sean Penn jako jego nemezis tworzą duet, który przejdzie do historii. To kino, które przypomina, dlaczego Anderson jest jednym z najważniejszych twórców XXI wieku.
„Bugonia”: Teorie spiskowe
Lanthimos i Stone znów udowadniają, że razem tworzą filmowe złoto. „Bugonia” to czarna komedia o paranoi i lękach współczesnego społeczeństwa — groteskowa, brutalna, ale i niezwykle celna. Nie każdy polubi jej intensywność, ale nikt nie pozostanie obojętny. Jeden z najbardziej dyskutowanych tytułów roku.
„Zniknięcia”: Dla fanów horrorów
Zach Cregger powraca po „Barbarian” z filmem bardziej dojrzałym, ambitniejszym i przerażającym. „Zniknięcia” rozpętują lawinę teorii i interpretacji — to horror, który nie daje gotowych odpowiedzi. Julia Garner w roli nauczycielki próbującej odkryć prawdę daje jedną z najlepszych ról w karierze.
„Bridget Jones: Szalejąc za facetem”: Wielki powrót
Renée Zellweger wraca do swojej ikonicznej roli w filmie, który zaskakująco udanie łączy nostalgię z nowoczesnością. Bridget to już nie dziewczyna poszukująca miłości, ale kobieta po pięćdziesiątce, która musi poukładać życie po stracie. Film jest ciepły, zabawny i absolutnie szczery — idealne zakończenie (lub nowe otwarcie) dla tej kultowej bohaterki.
„Skomplikowani”: O miłości
„Skomplikowani” to jedno z najciekawszych filmowych spojrzeń na współczesne relacje. Covino prowadzi aktorów z lekkością, a Dakota Johnson tworzy jedną z najbardziej naturalnych ról w karierze. Film jest błyskotliwy i inteligentny, nie moralizuje — zamiast tego pyta widza o granice szczerości i kompromisu w związku.
„Thunderbolts”: Zwykli bohaterowie
Marvel w końcu dostarczył film, który działa zarówno jako blockbuster, jak i pastisz kina superbohaterskiego. „Thunderbolts” ma energię, humor i świadomość własnych schematów. Florence Pugh kradnie każdą scenę, a twórcy wreszcie przestają udawać, że powtarzanie tego samego działa. Powrót na dobre tory.
„Oszołomy z Baltimore”: Wesołych świąt
Kameralna opowieść o dwóch ludziach, którzy spotykają się w Wigilię w najmniej sprzyjających okolicznościach, okazała się jednym z najbardziej urokliwych filmów roku. „Oszołomy z Baltimore” to świąteczna historia pozbawiona tandety — prosta, zabawna i prawdziwa. Idealny film na grudniowy wieczór, który nie udaje niczego więcej, niż jest.
Filmy, które również zasłużyły na wyróżnienie
„Atropia”, „Desperat”, „Fenicki układ”, „Highest 2 Lowest”, „The History of Sound”, „Jak być normalną i osobliwości innego świata”, „No hej!”, „No Other Choice”, „Oddaj ją”, „Pillion”, „Smashing Machine”, „Sny o pociągach”, „Szpiedzy”, „Tajemnicze spojrzenie flaminga”, „Testament Ann Lee”, „Towarzysz”.
Jeśli miałabym wskazać film, który w 2025 roku naprawdę przesunął granice mojego myślenia o kinie, nie sięgnęłabym po najbardziej nagradzane tytuły, lecz po te, które pozwoliły mi na chwilę złapać się na tym, że wciąż potrafię być zaskoczona. „Wpatrując się w słońce” Maschy Schilinski działa jak powolna fala — nie uderza od razu, lecz narasta podskórnie, aż w pewnym momencie orientujesz się, że jesteś już dawno wciągnięta w jej świat, jak w czyjąś pamięć, której nigdy wcześniej nie znałaś, a mimo to wydaje się dziwnie bliska. To kino, które nie potrzebuje deklaracji wielkości, bo ma w sobie wewnętrzną prawdę, tę subtelną aurę, którą trudno opisać, a jeszcze trudniej zapomnieć.
Pod względem formalnym największą frajdę sprawiła mi „Bugonia”, film, który wygląda jak żart, ale w rzeczywistości jest błyskotliwą diagnozą współczesnej paranoi. Lanthimos i Stone zachowują się tu jak duet naukowców testujących granice wytrzymałości widza — i muszę przyznać, że z przyjemnością pozwoliłam się tej eksperymentalnej machinie porwać. A „Alpha”? To film, który obejrzałam z niepokojącą świadomością, że oglądam reżyserkę w pełni świadomą swojej siły. Ducournau nie epatuje szokiem — ona go kalibruje, sprawia, że niewygodne pytania rezonują długo po seansie.
To był rok filmów nieoczywistych. Rok, w którym kino przestało próbować przekonywać nas do swojej ważności, a zamiast tego zaczęło mówić szeptem. I właśnie te szeptane filmy — poetyckie, niepokorne, dziwnie czułe — zostaną ze mną najdłużej.

